Arkadiusz Chęciński: Obecna władza chce, aby samorządy były jej klientem
– Zadeklarowaliśmy poparcie dla opozycji świadomie, bo choć samorządom nigdy łatwo nie było, to nikt nie próbował ich niszczyć, a to obecnie się dzieje. PiS jest partią antysamorządową, a jego polityka ma samorządy pozbawić pieniędzy, pokazać, że są nieudolne. Partia za mieszkańca chce decydować, kto ma rządzić w jego mieście czy gminie i na co będą wydawane pieniądze – akcentuje prezydent Sosnowca w rozmowie z miesięcznikiem Dwa Kwadranse.
Na początek chciałbym pogratulować wspaniałego kompleksu, mam na myśli ArcelorMittal Park, czyli Zagłębiowski Park Sportowy. Robi wrażenie. Dobra robota!
Dziękuję. Cieszę się, że się podoba.
Nie wszyscy mają w końcu tyle szczęścia co Ruch Chorzów, któremu do budowy nowego obiektu 100 milionów złotych obiecał dorzucić premier Mateusz Morawiecki. W ogóle z tej pozycji wszystko wszystkim można obiecać.
Ruchowi Chorzów chcę pogratulować awansu do ekstraklasy. Sztabowi szkoleniowemu, drużynie, a także kibicom, którzy są ogromną wartością tego zasłużonego klubu. Miastu gratuluję, że mają dostać te środki. A co do zasadności i sposobu ich przyznania mogę, zresztą pewnie jak wielu włodarzy miejskich, jedynie zastanawiać się, dlaczego inni takiego szczęścia nie mieli. Reszta usłyszała, że może przecież wystartować w konkursach. Zasady powinny być równe, uczciwe i transparentne dla wszystkich. Niestety tak nie jest.
A może to ma wymiar wyłącznie polityczny? Mecz Ruchu z Wisłą Kraków nie odbył się na Stadionie Śląskim, choć nawet premier włączył się w pewnym momencie w agitację na rzecz rozegrania tego spotkania właśnie tam. Idąc za ciosem, obiecał Ruchowi stadion. Tak też się zdobywa głosy wyborcze.
Uprawianie polityki kosztem 100 milionów złotych w momencie, gdy samorządy borykają się z brakiem środków i to nie tylko na budowę obiektów sportowych jest – nie boję się użyć tego słowa – oszustwem wobec innych. Wręcz kompromitacją tego rządu i pana premiera.
W chwili, gdy rozmawiamy, pojawił się sondaż, w którym aż 70 procent obywateli zadeklarowało, że weźmie udział w jesiennych wyborach parlamentarnych. Sondaże dają też większe szanse opozycji na przejęcie władzy w państwie. Oczywiście po marszu 4 czerwca liderem tych notowań po stronie opozycji pozostaje Koalicja Obywatelska. Dociera do nas, że za kilka miesięcy możemy obudzić się już w totalnie innym kraju z innym ustrojem?
Nie znam szczegółów tych sondaży. Czy chodzi o osoby, które na pewno pójdą głosować, czy tylko planują to zrobić. To jest niezwykle istotne. Sama jednak deklaracja wyrażona przez 70 procent obywateli naszego kraju na pewno robi wrażenie. Jeśli rzeczywiście tak by się stało, to myślę, że z tej grupy poszłoby do wyborów gdzieś 55 procent uprawnionych, co jak na polskie warunki byłoby naprawdę świetnym wynikiem. Choć nie ukrywam, że wolałbym, aby poszło te 70 procent, o których pan mówi. Musimy zatem ze swej strony zrobić wszystko, aby ludzi zachęcić do skorzystania z tego demokratycznego instrumentu, który zmiany gwarantuje. A czy to jest poparcie dla Koalicji Obywatelskiej? Cóż, tak to może pozornie wyglądać. Skłaniałbym się jednak ku tezie, że to jest poparcie dla Donalda Tuska, który jeździ po Polsce i prawdziwie walczy. Tyle że bez poparcia w regionach, w samorządach, czyli tutaj na „dole”, na dłuższą metę może być mu ciężko to poparcie utrzymać, nie mówiąc o jego zwiększeniu. To oznacza ogromną pracę dla tych wszystkich środowisk, które będą chciały z tego poparcia skorzystać w zbliżających się wyborach. Dotyczy to przede wszystkim aktualnych parlamentarzystów, którzy jesienią będą walczyć o utrzymanie swoich pozycji. Elektorat, o którym mówimy, „przepływa” wewnątrz, gdyby zaś na tej podstawie określić szanse poszczególnych formacji, to wszystkie ugrupowania opozycji plasują się na równi ze Zjednoczoną Prawicą. Gdyby jednak doszło do jej koalicji z Konfederacją, to nietrudno oszacować, że opozycja będzie miała mniej mandatów. Kluczem do sukcesu opozycji będzie przyciągnięcie elektoratu niezdecydowanego, który na tę chwilę nie wie, na kogo odda głos.
Te szacunki są ważne także dla was – samorządowców. Ruch „Tak! Dla Polski” udzieli bowiem poparcia całej opozycji z wyjątkiem Konfederacji.
Zadeklarowaliśmy poparcie dla opozycji świadomie, bo choć samorządom nigdy łatwo nie było, to nikt nie próbował ich niszczyć, a to obecnie się dzieje. Ugrupowanie rządzące jest partią antysamorządową, a jego polityka ma samorządy pozbawić pieniędzy, pokazać, że są nieudolne. Obecna władza chce, aby samorządy były jej klientem, a nie decydowały o sobie. Co jest w praktyce zwróceniem się przeciwko mieszkańcom. Partia za mieszkańca chce decydować, kto ma rządzić w jego mieście czy gminie i na co będą wydawane pieniądze. Dlatego ważny jest udział w wyborach. Zależy nam, aby jak najwięcej reprezentantów Ruchu Samorządowego „Tak! Dla Polski” znalazło się listach opozycji do obu izb parlamentu i było strażnikami postulatów samorządowych.
Jarosław Kaczyński trochę tego pospolitego ruszenia 4 czerwca się przestraszył. Zaczęły się domysły nad jego kolejnymi posunięciami. Niedawno w wywiadzie dla portalu Onet, Władysław Frasyniuk, jeden z liderów solidarnościowej opozycji w czasach PRL, nakreślił dość ponurą, wręcz apokaliptyczną polityczną wizję wykorzystania ustawy „Lex Tusk”, w której podejrzewając działania agentury rosyjskiej w którymś z województw, prezes PiS wprowadzi stan wyjątkowy, przedłużając w ten sposób władzę i przesuwając wybory na bliżej nieokreślony termin. Przyznam, że miałem gęsią skórkę, gdy to przeczytałem. Niby luźno rzucona teoria ocierająca się o political fiction, a mimo to straszna w treści.
Władysław Frasyniuk to legenda „Solidarności”, jeden z tych bohaterów obok Lecha Wałęsy, którym zawdzięczamy wolną Polskę, Cóż, dziś może tak znowu wolna nie jest, ale ujmując to dyplomatycznie, coraz częściej przychodzi mi nie zgadzać się z Władysławem Frasyniukiem, a ta wizja, którą pan przytoczył, wydaje mi się mimo wszystko bardzo daleką, nierealną. 4 czerwca rzeczywiście władzy dał do myślenia, ale dalsze próby ograniczania swobód i wolności będą spotykały się z coraz to ostrzejszymi protestami społecznymi. Nie obawiałbym się takich scenariuszy, nie kreśliłbym takich wizji, bo gdyby do tego szło, to ludzie po prostu wyjdą na ulice. Fakt, Polacy są specyficzni, zdarzało nam się tracić wartości, o jakie wcześniej walczyliśmy, ale zawsze w kryzysowych sytuacjach potrafiliśmy się jednoczyć i myślę, że przy próbie manifestacji siły przez obecną władzę, nawet mniejszej niż w wizji Władysława Frasyniuka, kolejny raz daliby temu wyraz w formie dużych protestów. Czym większy atak, tym większa będzie obrona. Żyjemy w Europie, jesteśmy członkami Unii Europejskiej, a używanie argumentu siły przez władzę w demokracji ma zawsze swoje granice, których przekroczenie grozi poważnymi konsekwencjami. A my już jesteśmy jako kraj wystarczająco ukarani brakiem środków z KPO, postępującą izolacją, a ludzie są coraz bardziej zmęczeni. Zaś arogancja władzy może mieć dalsze następstwa, jak w przypadku Węgier, które mają zostać pozbawione funkcji przewodniczenia w UE. Kolejnym krajem może być Polska. Dalsza izolacja grozi politycznym samobójstwem. Mamy do wyboru – albo UE, albo Rosję. Zjednoczona Prawica pewnie wolałaby Rosję, ale ta jest zbytnio na cenzurowanym. Dalsza wojna z UE niesie zbyt wielkie ryzyko pójścia w otwarty konflikt z narodem, a my jako naród jesteśmy proeuropejscy.
Wracając do samorządu – ciężko bronić jego racji i wartości, gdy naprzeciwko ma się populistów, którzy wszystko zasypują pieniędzmi albo przywilejami. Nowy pomysł obok rozdawnictwa pieniędzy to dalsze obniżanie wieku emerytalnego.
Ale sam pan na początku naszej rozmowy zauważył, że w kampanii wyborczej można obiecać wszystko. Czy chcemy, czy nie, na tym to polega. Dlatego PiS rzuca kolejne obietnice. Mają do tego prawo. Najwyżej naród ich rozliczy. Sami oceńmy, czy chcemy rozdawnictwa i dzięki temu kilkunastoprocentowej inflacji, mniejszych środków na oświatę, służbę zdrowia zamiast systemowych rozwiązań. W obietnicy obniżenia wieku emerytalnego nie ma nic niedemokratycznego. A czy to jest racjonalne? Ano nie jest, ale to niech ludzie sami ocenią, czy chcą zarabiać mniej i mieć mniejsze emerytury, bo taka będzie konsekwencja ewentualnej realizacji tego planu. Jeśli obywatelowi podoba się opcja głodowej emerytury, za to możliwość przejścia na świadczenie w wieku 40 lat, to proszę bardzo. Niech głosuje. Jego wola. Opozycja nie powinna tego negować, tylko pokazywać skutki.
Co nie zmienia faktu, że jesienne wybory będą dla samorządów grą o życie.
O tym mówimy od samego początku. Samorządowcy muszą być tego świadomi. Jeśli do wyborów nie pójdą, to albo będą po stronie obecnej władzy, albo nie będą już więcej samorządowcami, a mieszkańcy nie będą decydowali o swoich małych ojczyznach, tylko jak za PRL-u będą czekali na instrukcje z Warszawy. Innej drogi nie ma.

