Kamizelka na dyżurze: tarcza bezpieczeństwa czy balast w pracy ratownika?
Czy ratownik medyczny powinien wyjeżdżać do wezwania w kamizelce nożoodpornej? To pytanie jeszcze niedawno brzmiało jak abstrakcja. Dziś jest jednym z najgoręcej dyskutowanych tematów w środowisku ratownictwa medycznego.
Kamizelki ochronne mają wkrótce trafić na wyposażenie zespołów ratownictwa medycznego w całym kraju, także w Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym w Katowicach. Jak podkreśla dyrektor placówki, Łukasz Pach, nowe przepisy zobowiązują dysponentów do zapewnienia takiego sprzętu ratownikom. Co istotne – jego używanie nie będzie obowiązkowe. Decyzję pozostawiono samym medykom.
Tragedia, która przyspieszyła decyzje
Impulsem do zmian była tragedia, do której doszło 25 stycznia 2025 roku w Siedlcach. Podczas interwencji pijany pacjent zaatakował ratownika nożem. Mężczyzna zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. To zdarzenie wstrząsnęło opinią publiczną i na nowo otworzyło dyskusję o bezpieczeństwie pracy zespołów ratownictwa medycznego.
Bo agresja wobec ratowników to nie incydenty, lecz codzienność, o której mówi się od lat. Wyzwiska, groźby, rękoczyny – to scenariusze, z którymi medycy mierzą się znacznie częściej, niż wynikałoby to z policyjnych statystyk.
Prawo swoje, praktyka swoje
Zmiany legislacyjne miały być odpowiedzią na ten problem. Nowelizacja ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym oraz późniejsze rozporządzenie ministra zdrowia w sprawie umundurowania ZRM stworzyły podstawy prawne do wprowadzenia kamizelek ochronnych jako elementu wyposażenia. W dokumentach i załącznikach określono, jakie środki ochrony osobistej powinny być dostępne dla ratowników.
Na papierze wszystko wygląda jasno. W terenie – już niekoniecznie.
Dyrektor Pach nie ukrywa, że część ratowników nie zamierza korzystać z kamizelek. Powód? Ograniczenie swobody ruchów. Ratownicy podkreślają, że podczas resuscytacji, intubacji czy przenoszenia pacjenta liczy się pełna mobilność. Dodatkowe usztywnienie tułowia bywa zwyczajnie przeszkodą, zwłaszcza w ciasnych mieszkaniach, na klatkach schodowych czy w trudnych warunkach pogodowych.
Historia zna podobne dylematy – pierwsze kamizelki kuloodporne w armii amerykańskiej podczas wojny w Wietnamie również spotykały się z oporem żołnierzy, którzy narzekali na ich ciężar i niewygodę.
Nie każda kamizelka chroni przed nożem
Warto jasno powiedzieć: klasyczna, miękka kamizelka kuloodporna nie stanowi skutecznej ochrony przed pchnięciem nożem. Modele wykonane z kevlaru, tzw. SBA, zaprojektowano do zatrzymywania pocisków, a nie ostrych narzędzi.
Kamizelki z twardymi płytami balistycznymi (HBA) mogą zapewnić pewien poziom ochrony przed atakiem nożem, ale ważą od kilku do kilkunastu kilogramów. To sprzęt stricte wojskowy, kompletnie nieprzydatny w pracy ratownika medycznego.
Dlatego opracowano trzecią kategorię – kamizelki nożoodporne typu SR. Choć powstają z podobnych materiałów co miękkie kamizelki kuloodporne, ich warstwy są układane i wzmacniane w sposób zwiększający odporność na przebicie. Często zawierają też wkłady kompozytowe lub metalowe. Ważą około 2–3 kilogramów, ale – co trzeba uczciwie dodać – do tanich nie należą.
Ochrona, która ma swoje granice
Nawet najlżejsza kamizelka nożoodporna po kilku godzinach dyżuru daje się we znaki. Usztywnia tułów, utrudnia schylanie się i dynamiczne ruchy. Nie chroni szyi ani dolnych partii ciała. I, co kluczowe, nie daje stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym mówi się rzadko: psychologiczny. Kamizelka może stworzyć złudne poczucie ochrony i skłonić ratownika do podejmowania większego ryzyka, na które bez niej by się nie zdecydował.
Narzędzie, nie panaceum
Wniosek jest prosty, choć niewygodny: kamizelka nożoodporna sama w sobie nie rozwiąże problemu agresji wobec ratowników. Może być wsparciem, ale nie zastąpi sprawnych procedur, szkoleń z deeskalacji, dobrej łączności z dyspozytorem i realnej współpracy z policją.
Fot. Doemna publiczna

